W polu lipeńka, w polu zielona,
Listeczki opuściła ,
Pod nią dziewczyna, pod nią jedyna,
Parę wianeczków wiła.
Ej czegoż płaczesz, moja dziewczyno,
Ej cóż co za niedola?
Uwiłamci ja parę wianeczków,
Zabrała mi je woda.
Łabędzie płyną, wianeczki tyną,
Ostra je woda garnie,
Moje wianeczki z drobnej ruteczki,
Mam ja was stracić marnie?
Łabędzi wróćcie, serca nie smućcie,
Wianeczka nie przyniosły,
Jeno rąbeczek, to na czepieczek,
Na moje złote włosy.

Mój wianeczku z barwineczku,
zawiesze cię na kołeczku,
na kołeczku nade drzwiami,
u matusi ukochanej.
Mój wianeczku z białej róży
Do ciebie mi szczęście służy,
służy, służy czas niemały,
wreszcieśmy się doczekały.
Mój wianeczku z trojga ziela
posłużże mi do wesela,
do wesela, do niedziele,
aż zjadą sie przyjaciele.
Przyjaciele jak się zjadą,
za kogo cie Maryś dadzą.
Dadzą, dadzą za miłego,
za Jasieczka nadobnego.

Kandy ześ ty moja matko rozum podziała,
Iześ ty mie za takigo hultaja dała.
Za hultaja takowego,
co niegodzien nic dobrego,
niegodzien mie był.
Bo kiedy wy przyjedziecie, matulko moja,
Toć on do mnie pięknie mówi, tys żonka moja.
A kiedy wy wyjedziecie,
toć on kijem mnie po grzbiecie,
matulko moja.
To masz za swe użekanie, przed matuchną użalanie,
to je tutaj masz.
I stanynać w okieneczku jak różowy kwiat.
Oczkać sobie wypłakała.
Zmienił jej sie świat.
Płaczą oczy, płacze serce,
Głowa mnie boli.
Mocny Boże, miły Boże,
Któż mi teroz dopómoże
W mojej niewoli.

Oj chmielu, chmielu, szerokie
liście
Naszą Zosieńke zaczepiliście.
Oj, chmielu, ty nieboże,
niech ci Pan Bóg dopomoże
chmielu nieboże.
Żebyś ty chmielu po tyczkach nie lazł
nie robiłbyś ty z panieniek niewiast.
Oj, chmielu ty nieboże,
niech ci Pan Bóg dopomoże,
chmielu nieboże.
Ale ty chmielu po tykach łazisz
niejedno dziołcha wionka pozbawisz.
Oj, chmielu ty nieboże
niech ci Pan Bóg dopomoże
chmielu nieboże.

Posoł chop do lasa cepem ścinać dęby,
nadep żabie na ogon, wybiła mu zęby.
Na swoim weselu wilk lisa spowiadoł,
żodnych grzychów lis nie mioł, pokuty nie zadoł.
Chodziła se świnia po pajęczym moście,
była matką cieląt pięć, źreboków dwanoście.
Wpod roz kopruch w komin, narobił moc huku,
niedźwiedź sie go wystraszył i umarł ze strachu.

Hej na tem to polu siwe gąski
jedzą,
idzie tam syneczek do dziewuchy miedzą.
Hej, nie chodź tam, nie chodź, bo ci jej nie dają,
bo tam nie dla ciebie to dziewcze chowają.
Choc mi jej nie dają to jo jednak pójde,
mojej najmilejszej pięknie podziękuję.
Jak przyszedł do izby, matce się ukłonił,
i ze swoich oczu dwie łezki uronił.
Matko moja, matko, dla Boga miłego,
przyjmijcie mie proszę za syna swojego.
Bo ja życ nie mogę bez tyj waszej Zosi,
albo niech mie ziemia juz więcej nie nosi.
Synku tyś jest godzien mojej przychylności,
boś pokochał Zosię ze szczerej miłości.
Więc kiej juz jest takie Boże przeznaczenie,
To i ja wam daję moje przyzwolenie.

|